Błąd
  • XML Parsing Error at 1:119. Error 9: Invalid character

Tagi:

flash

     Trzydzieści-pięć out dwadzieścia-dwa in - pokazuje wyświetlacz irańskiego autobusu. Temperatura na zewnątrz wzrasta wraz z pokonywanymi kilometrami wąskiej, tureckiej szosy. Zbliżamy się do irańskiej granicy w Maku - Bazargan. Młode kobiety z niechęcią okrywają włosy chustami i zakładają manta1, mężczyźni przebierają długie spodnie. Taki jest nie tylko obyczaj, ale i prawo w Islamskiej Republice. Nawet turyści muszą je respektować. Granica znajduje się na przełęczy. Stojąc w kolejce do paszportowego okienka można podziwiać z niej zamglony gorącym powietrzem Ararat- najwyższy szczyt Turcji. Wreszcie Iran. To gniazdo terrorystów budujących bombę atomową, zbójeckie państwo nieokiełznanych muzułmanów, zacofana współczesna teokracja, raj naftowy. Wiadomości podane na talerzu i podstawione pod nos Europejczykom i Amerykanom. Jedyne i prawdziwe- aż budzą podejrzenia. Pierwszy przystanek: stacja benzynowa. Za dolara dostaje się osiem litrów tego drogocennego płynu. Sznur samochodów, ciężarówek i autobusów ciągnie się bez końca. Widok jest wręcz przytłaczający. Tuż obok znajduje się jeden z meczetów, które spotyka się tu na każdym kroku. Siedzą przy nim w kucki kobiety spowite w czarne czadory. Od samego patrzenia na nie robi się gorąco. Drugi przystanek: restauracja. Co uderza- jest jakoś tak normalnie. Ludzie patrzą na nas przyjaźnie popijając Fantę. Ani śladu nieogolonych fundamentalistów na ulicach i zdjęć Chomeiniego, których można byłoby się spodziewać na każdym budynku.

     Słońce budzi się już w Teheranie- siedemnastomilionowym mieście pełnym szumu i warkotu motocyklowych silników. Patrząc na życie irańskiej stolicy nie odnosi się wrażenia, że jest to państwo zakazów. Młode dziewczyny chodzą w dżinsach, modnych tunikach zachodnich producentów i butach na wysokich obcasach, chusty mają niedbale zawiązane, a makijaż aż szokuje swoją ostrością. Starsze kobiety nie patrzą na nie przychylnie. Policja natomiast prawie nie zwraca im uwagi, bo to przeważnie chętni do pomocy młodzi chłopcy- wcale nieuzbrojeni w zmitologizowane irańskie baty. Rzadko w tej ogromnej aglomeracji można spotkać turystów. To nie Irańczycy są dla nas atrakcją - wręcz przeciwnie: to my jesteśmy dla nich. Zwracamy na siebie uwagę, mimo że przestrzegamy zasad ubioru. Hello mister, hello lady! Zagadują do nas mężczyźni jak w Polach śmierci2, kobiety tylko drwiąco nas obserwują, niektóre nawet wytykają palcami. Mieszkamy na Amir Kabir3- ulicy opon. Każda ulica w Teheranie specjalizuje się w danej dziedzinie. Są tylko takie z męskimi butami, inne z kolei tylko z damskimi, przecznice pełne kartek ślubnych z życzeniami, wśród których trudno znaleźć zwykłe pocztówki- te znajdują się pewnie w innej dzielnicy. Jednak najbardziej zatłoczony jest bazar, na którym można kupić dosłownie wszystko. Jest jak niekończący się kolorowy labirynt, jak piwnica, w której Aladyn znalazł złotą lampę. Jest gwarno i głośno, ale tylko do południa. Potem bazar powoli zamyka swoje podwoje ukazując obraz jak po bitwie: na ziemi leżą góry śmieci, puste szklaneczki po herbacie, łupki od słonecznika i pistacji, które kupcy jedzą tu bezwiednie i bez przerwy. Większość z nich zasypia na dywanach nie dbając o swój towar. Aktów złodziejstwa nie udało nam się jednak zauważyć. Przestępczość w mieście nie jest zbyt wysoka. To chyba jedno z najbezpieczniejszych miejsc, jakie odwiedziliśmy. Jedynym zagrażającym życiu doświadczeniem jest przejście na drugą stronę ulicy. Samochody i autobusy nie zatrzymują się wcale, motocykle tym bardziej - jeżdżą nawet po chodnikach. Pieszy jest ostatnią osobą w hierarchii ruchu ulicznego. Musi być sprytny i wychwycić odpowiedni moment, żeby prześlizgnąć się między maszynami. Co ciekawie, rzadko kiedy zdarzają się tutaj potrącenia.

     Taki jest pierwszy ogląd irańskiej rzeczywistości. By poznać prawdziwy Iran trzeba zaglądnąć głębiej pod podszewkę powszedniości. Lepiej przyjrzeć się twarzom, wejść w ciche zaułki, porozmawiać. Tuż obok byłej ambasady amerykańskiej, której mury ozdobione są graffiti przedstawiającym antyamerykańskie napisy oraz statuę wolności z trupią czaszką, poznajemy dziennikarza gazety znanej pod angielskim tytułem The Reformist. Opowiada nam historię więzienia pracowników ambasady przez 444 dni w czasie rewolucji islamskiej. Skręciwszy w boczną uliczkę nieco ściszonym głosem obwieszcza, że w tym kraju nie ma wolności słowa. Wszystkie gazety są mniej lub bardziej rządowe, bo między partiami w parlamencie nie ma tak naprawdę wyraźnej różnicy. Dzielą się tylko na konserwatywne i mniej konserwatywne. By istnieć oficjalnie muszą być zatwierdzone przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, czyli spełniać wymogi ustalone przez duchownych: być zgodne z duchem islamu. Jednak Iran ma dwa oblicza, kontynuuje, tego drugiego oko turysty nie zobaczy. Podziemie tworzy głównie zbuntowana młodzież, dla której wolnością są na razie imprezy, picie wyprodukowanego przez siebie lub przemyconego z Turcji alkoholu, którego spożywanie karane jest śmiercią, i narkotyki, których w Iranie nie brakuje. Jak mówi dziennikarz, w końcu i państwo podziemne się rozwinie i utoruje drogę do wolności - tak jak to było w komunistycznej Polsce - dokańczam myśl. Szybko się z nami żegna zostawiając nas w parku - oazie swobody. Trawniki ?usłane? są studentami i uczniami obojga płci. Niektórzy, co odważniejsi, trzymają się za ręce, choć jest to zakazane. Szczególnie mężczyzn za takie zachowania względem siebie czekają średniowieczne wręcz tortury prowadzące do śmierci, opowiada nam studiujący w Istambule Atlan, z pochodzenia Turkmen. Atlan, mimo że urodził się w Iranie, jest w swoim kraju cudzoziemcem i wobec prawa nie jest równy Persom. Bardzo trudno jest mu się wybić, dlatego studiuje w Turcji stomatologię, która może mu pozwolić na wymarzoną ucieczkę do Australii. W innym wypadku bez dobrego zawodu, jako obywatel Iranu, nie mógłby się nawet starać o wizę. Mówi, że obywatelami drugiej kategorii jest połowa mieszkańców Iranu, ponieważ tylko w okręgach Teheranu, Isfahanu i Farsu żyją rdzenni Persowie (ok.51%)4. Jego wyznanie to kolejny problem: jest sunnitą w państwie zdominowanym w 95% 5 przez szyitów. Nie przywiązuje jednak żadnej wagi do religii. Nienawidzi jej za to, że dzięki niej jest również drugorzędnym obywatelem świata. Czy to jednak nie wiara była ścieżką do wolności za czasów szacha Muhammada Rezy Pahlawiego, pytam. Za szacha było lepiej, słyszę od starszego mężczyzny, który włączył się do rozmowy. Iran się rozwijał, a teraz jest biednym krajem, w którym zarobki są za niskie, by starczały na cokolwiek, mówi. Pan Ali pracuje w hotelu w Ankarze i zarabia dwa razy więcej niż we własnej ojczyźnie. Czy w takim razie Irańczycy chcą zrobić drugą rewolucję, pytam mężczyzny. Zwiesza głowę powtarzając, że nie - jakby chciał zagłuszyć to pytanie i szybko odchodzi w milczeniu. Atlan nie boi się z nami rozmawiać. Wracamy do kwestii religijnych. Tak, islam skonsolidował naród, ponieważ ludzie potrzebowali czegoś, co pozwoliłoby im czuć się wolnymi i wartościowymi. Szach był znienawidzony, ponieważ nie potrafił wykorzystać odpowiednio pieniędzy, które dostawał za ropę naftową - sól tej ziemi, która jest własnością Irańczyków od tysiącleci. Ponadto chciał stworzyć państwo laickie na kształt turecki, dodaje. Najwyrazistszą formą buntu stało się więc manifestowanie religijności. Jak mówi Atlan znający dobrze tą historię od swojego ojca, religia nie była celem - była środkiem do odzyskania wolności. Podobnie ajatollah Chomeini został przywódcą, dlatego że otwarcie przeciwstawiał się szachowi, a nie z powodu swojego duchownego stanu, tłumaczy. To przypomina przecież sytuację w PRL-u, kiedy to Kościół był największą przeciwwagą dla komunistycznego rządu. Wtedy to pójście na mszę świętą 11 listopada było wyzwaniem oraz demonstracją wolności kończącą się najczęściej interwencją ZOMO. Atlan jak i wielu innych Irańczyków nie zna tej historii. Dostępność źródeł, które by o niej mówiły jest niewielka, mimo, że w Iranie normalnie funkcjonuje Internet. Jednak wiele stron jest zablokowanych. Jak oficjalnie podaje rząd: to USA i Wielka Brytania nie pozwalają Irańczykom odwiedzać tych stron. Jak podają źródła nieoficjalne: to dzieło irańskiego rządu.

     Na placu Naghsh-e Jahan w Isfahanie znajdują się dwa meczety (jeden prywatny), pałac dynastii Safavidów oraz bazar. Miejscowi mówią, że są to symbole najważniejszych elementów świata: religii, władzy i handlu - stąd plac zawdzięcza swoją nazwę Obraz Świata. Specyfiką tego miejsca są spacerujący młodzi mężczyźni, którzy zaczepiają turystów, by szkolić swój angielski. W ten sposób poznajemy Hamida. Bardzo interesuje go historia Polski, po obejrzeniu irańskiego filmu opowiadającego o tym jak armia generała Andersa idąca z rosyjskich łagrów znalazła się w Iranie w czasie drugiej wojny światowej. Opowiadamy mu o wojnie, holocauście, Auschwitz i Katyniu, o których nie miał pojęcia. Prezydent Ahmadineżad przecież zaprzeczył, by kiedykolwiek w historii doszło do zagłady Żydów, wyjaśnia. Przecież mówił, że bezprawnie zajęli ziemię palestyńską. Hamid uważa, że Ahmadineżad jest szalony i czeka już na zbliżające się wybory, mimo, że są fikcyjne, mówi.

     Ludzie zagłosują, ale rada ajatollahów i tak wybierze swojego faworyta. Czy Irańczycy mają wolność, pytam Hamida. Nie, odpowiada rozglądając się na boki, ponieważ nie ma ani wolnej prasy ani wolnej telewizji - wszyscy mówią jednym głosem. Nie, ponieważ kobieta i mężczyzna nie mogą się ze sobą legalnie spotykać i trzymać za ręce, jeśli nie są małżeństwem. Nie, ponieważ nie mamy dostępu do książek historycznych i większości informacyjnych stron internetowych, mówi gorzko. Co robią Irańczycy, by czuć namiastkę wolności? Hamid stara się rozmawiać jak najwięcej z turystami i czyta dużo książek psychologicznych pomagających mu nauczyć się, że każdą chwilę życia, nawet w zniewolonym kraju, należy cenić. Niektórzy podobno uczą się hakerstwa, by obejść internetowe blokady.

     Nagle, późnym wieczorem, całe miasto gaśnie. Isfahan pogrąża się w mroku na kilka godzin. Zdarza się to codziennie. Jak to możliwe, że w państwie, którego największym bogactwem jest ropa, występują problemy z energią? Pytam Masuda, pracownika irańskiej kompanii naftowej. W irańskich miastach zużywa się niesamowite ilości energii, głównie ze względu na klimatyzację, odpowiada. Ponadto większa część irańskiej ropy idzie na eksport. Nasz kraj potrzebuje elektrowni jądrowej, ale nikt nam nie wierzy, mówi smutno. Te ciemne chwile cieszą jednak młodych (mniej ich rodziny), którzy wieczorami odpoczywają w parkach, często aż do białego rana.

     Irańczycy znają jeszcze jeden sposób cieszenia się wolnością we własnym kraju. Są to wycieczki w góry, na te suche manowce, które otaczają niemal każde miasto. W niższe, nieskomplikowane partie ucieka młodzież, by robić to, co zakazane jest na dole. Ambitniejsi wybierają się na najwyższy szczyt Iranu - Damawand (5671 m n.p.m). Jest to śpiący wulkan, który dymi siarką jak komin fabryki. Mohsen, poznany przez nas pilot irańskich sił powietrznych, był na szczycie już piętnaście razy, ponieważ nie może opuszczać kraju ze względu na swoją profesję. Drugą rzeczą, jaką się od niego dowiadujemy jest fakt, że jego matka i żona nienawidzą czadorów, bo jest im w nich gorąco, ale tutaj w górach można się bez nich obejść, mówi. Na takiej wysokości nie ma policji, a ludzie nie mają pretensji do siebie nawzajem. Do pierwszej bazy zwanej Gusfand Sarah (3200 m) można dotrzeć taksówką ze wsi Reyneh umiejscowionej dziewięćdziesiąt kilometrów od Teheranu. Wykorzystują to młode pary, które nie tyle interesuje wejście na szczyt, co spacer we dwoje wśród maków. Druga baza znajduje się tysiąc metrów wyżej, gdzie wolność rozwiera swe dzikie skrzydła najszerzej. Znikają normy obyczajowe i zakazy. Człowiek, bez względu na to czy jest mężczyzną czy kobietą, Irańczykiem czy Europejczykiem, jest tutaj najważniejszy i nikt nie odmówi mu wsparcia. Ludzie pomagają sobie zupełnie bezinteresownie, są szczerzy i otwarci. Nie ma tu wrogości i rywalizacji. Wspólny cel łączy ludzi, a nie dzieli. To tutaj, choć oddycha się tak ciężko, Irańczycy mogą korzystać z wolności i żyć przez te parę dni pełnią życia.

     Znów znajdujemy się na trasie Teheran- Istambuł.  Na tureckiej granicy, po dwunastu godzinach czekania aż urzędnicy przeszukają dokładnie cały autobus i bagaże podróżnych, wielu mężczyzn udaje się do toalety, by przebrać się ?po europejsku? oraz do sklepu po alkohol. Iranki nie są aż tak śmiałe, niektóre nie pozbywają się chust aż do Istambułu, a inne nie robią tego wcale. Turcja jest jednym z niewielu krajów, do których Irańczycy nie potrzebują wiz. Mimo to dla młodych ludzi jest to jedynie pomost do prawdziwej wolności, brama do Europy, bo Turcja, choć mniej konserwatywnym, wciąż pozostaje państwem muzułmańskim. Młodzi Irańczycy, ubrani w koszulki z logami europejskich firm, marzą o wyjeździe na Zachód podobnie jak niegdyś Polacy, dla których kupione w Pewexie dżinsy były namiastką wolności. Czy Irańczycy także zdołają wypracować drogę do uzyskania wolności czy już na zawsze są skazani na chodzenie własnymi ścieżkami marząc o bezkresnych manowcach Australii?

Share this post

You are here: Home