Błąd
  • XML Parsing Error at 1:119. Error 9: Invalid character

Tagi:

Trudno sobie wyobrazić ludzi, których armia powinna wystrzegać się bardziej niż chrześcijan. Przecież my chrześcijanie, mamy nieść pokój nawet tym, którzy źle nam życzą.

My, Polacy, co pokazują choćby obchody Święta Niepodległości, kolejne debaty na temat obecności naszych żołnierzy w Afganistanie czy msze celebrowane w ich intencji, lubimy bić pokłony armii. Pławimy się, przy czujnej asyście państwowych i kościelnych decydentów, w naszej wojskowej chwale. Czy jednak naród, który z taką obsesją poszukuje bohaterów, nie jest, jak mówił Bertolt Brecht, narodem biednym?


Militaryzacja naszej społecznej świadomości bije po oczach. Po pierwsze, nasi politycy, zarówno z prawa, jak i z lewa, nie ustają w zabiegach, by Amerykanie łaskawie rozmieścili w Polsce elementy swojego strategicznego arsenału wojskowego - jeśli nie tarczy antyrakietowej, to chociaż rakiety Patriot (nawet nieuzbrojone). Jeśli nie rakiety, to może jakiś maleńki oddział chłopców z US Army. Od miesięcy trwa więc licytacja, kto jest bardziej zasłużony dla osiągnięcia tego strategicznego celu, a kto pokpił sprawę. Jakby od tego zależało nasze "ocalenie" i "zbawienie".
 

Po drugie, wraz z wymierającym pokoleniem, które pamięta okropności II wojny światowej, obserwujemy jej powolną mitologizację, uromantycznienie i wybielanie. Podczas modnych ostatnio w muzeach "rekonstrukcji wydarzeń" przy okazji wojennych rocznic, w które obfitował mijający rok, przedstawia się społeczeństwu wojnę jako przygodę pełną honoru i poświęcenia dla ojczyzny. Inscenizacja zdobywania barykady przez powstańców, jak donosili zadowoleni z siebie jej twórcy, "bardzo podobała się nastolatkom i dzieciom". "Wojna to piękna rzecz!" - aż żal, że my dziś nie mamy okazji, można odnieść wrażenie, ginąć za ojczyznę.

Jednocześnie w tych samych inscenizacjach próżno szukać próby pokazania okropieństw wojny. Milczy się o cierpieniach ludności cywilnej, przemocy i rozpaczy, które są nieodłącznymi jej elementami. Jak dotąd nikt w Muzeum Powstania Warszawskiego nie odważył się zorganizować inscenizacji łapanki do obozu koncentracyjnego, selekcji ludzi do rozstrzelania albo pokazać sceny, jak matka błaga esesmana o to, by nie odbierał życia jej dziecku. Czyż nie jest to osobliwa "zabawa w wojnę"?

Po trzecie: w kraju, gdzie konsensus polityczny jest towarem deficytowym i gdzie politycy skaczą sobie do gardeł każdego dnia, w jednym przypadku panuje iście niezachwiana zgoda: "na wojsku nie można oszczędzać". Bez sprzeciwu społecznego kilka latem temu przegłosowano ustawę, która gwarantuje stały poziom wydatków na zbrojenia na poziomie 2 proc. PKB (w roku 2008 miały one wynieść prawie 24 mld zł). Zgoda, rząd Tuska obciął w tym roku wydatki na armię. Ale tylko dlatego, że jest kryzys, a nie dlatego, że uznano, iż lepiej byłoby te pieniądze przeznaczyć na żłobki czy przedszkola. Czyż miliardy publicznych pieniędzy, jakie bez mrugnięcia okiem przeznaczamy na armię, przy jednocześnie symbolicznych wydatkach na biednych i wykluczonych, nie są najdobitniejszym przykładem "cywilizacji śmierci"?

I po czwarte, najbardziej nas zdumiewające: armia znalazła sojusznika w chrześcijańskich Kościołach. Oglądamy iście pogańskie spektakle, w czasie których święci się np. wozy bojowe Rosomak. Albo biskupów stojących ramię w ramię z politykami, którzy krzyczą, że pokój i bezpieczeństwo można uzyskać tylko poprzez zbrojenia i rozwój technologii służących zabijaniu innych ludzi. Czyż chrześcijańscy duchowni nie widzą, że swoją obecnością w czasie takich "akademii" sakralizują armie, wojnę i przemoc?

Twardo stąpający po ziemi zarzucają nam "naiwniactwo". W świecie, gdzie Korea Północna posiada broń jądrową, a Iran nad nią pracuje, na "pokojowe marzycielstwo" nie ma miejsca. Czy jednak nie powinniśmy uderzyć się w piersi? Bez pierwotnych badań nad bronią jądrową na "naszym" Zachodzie dziś oba tzw. kraje bandyckie, jak lubimy je określać, nie mogłyby nawet o niej marzyć. To nasza chęć zdobycia broni masowej zagłady obraca się teraz przeciwko nam. Jak proroczo zauważył jeden z jej twórców Robert Oppenheimer, cytując słowa hinduskiego eposu "Bhagavad Gita": "Oto stałem się śmiercią, niszczycielem światów".

Co więcej, dzisiejsze zagrożenie nuklearne, szczególnie to ze strony Iranu, jest konsekwencją politycznego chaosu, jaki zostawiła po sobie neokonserwatywna administracja George'a W. Busha. Pobożny chrześcijanin Bush, który rozpoczynał dzień od modlitwy i "rozmowy z Jezusem", zaatakował Irak Saddama w ramach tzw. uderzenia prewencyjnego. Nie odważył się natomiast uderzyć w Koree Północną - choć jest jasne, że ma broń jądrową. Jaki z tego wniosek wyciągnął Teheran? "Po Iraku wszyscy wiedzą - celnie odnotowuje ten paradoks brytyjski filozof John Gray - że jedynym skutecznym środkiem zabezpieczającym przed amerykańskimi atakami jest właśnie broń masowego rażenia, którą nie dysponował Saddam".

Jak zatem w świecie, który przypomina dziś beczkę prochu, mają zachować się chrześcijanie? Naszym symbolem jest krzyż. Trzeba więc wskazać na okoliczności jego powstania. A więc na ten dzień, gdy Bóg ostatecznie i nieodwracalnie odrzucił przemoc i "został wydany". Gdy zaś Piotr próbował użyć miecza przeciw rzymskim żołnierzom, usłyszał: "Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną".

Radykalność pokojowego przesłania Jezusa uległa jednak stępieniu, gdyż kolejne pokolenia chrześcijan wybrały sojusz ołtarza z mieczem za cenę rozmiękczania ewangelicznego przykazania miłości bliźniego. Słynny protestancki teolog i etyk Stanley Hauerwas słusznie pisze, że "nawet życie w zagrożeniu wojną atomową nie zwalnia nas z obowiązku bycia ludem pokoju" i że dla chrześcijan nie ma nic bardziej kompromitującego niż to, że współczesne armie mają chrześcijańskich kapelanów i nie czują dyskomfortu z tego, że służą w nich ich współwyznawcy. Czy zatem miejsce chrześcijańskich duchownych jest tuż obok żołnierzy, rakiet i czołgów w czasie bogoojczyźnianych uroczystości? Czy nie nadszedł czas, by Kościoły chrześcijańskie w Polsce wzięły na serio przesłanie Jezusa i zlikwidowały ordynariaty polowe oraz kościoły garnizonowe?

Przecież gdybyśmy byli wierni Ewangelii, to trudno sobie wyobrazić ludzi, których armia powinna wystrzegać się bardziej niż chrześcijan. Czyż nie mamy wybaczać swoim winowajcom? Czyż nie mamy nadstawiać drugiego policzka? Czyż nie mamy nieść pokoju nawet tym, którzy nam źle życzą? Czyż nie żywimy przekonania, że wojna sprawiedliwa jest ostatecznością, a prewencyjna zawsze zbrodnią? Czyż nie wierzymy, że zabicie bliźniego - nawet w czasie tzw. wojny sprawiedliwej - zawsze jest grzechem? A jeśli tak, to dlaczego milczymy?

Przesłanie Jezusa na temat pokoju nie jest utopijne. Jeśli sądzimy, że jest, to całą Ewangelie należałoby wrzucić do kosza. "To nieprawda, że próbowano chrześcijaństwa i nie zdało ono egzaminu - pisał katolicki myśliciel Gilbert Chesterton. - Prawda jest taka, że jak dotychczas jeszcze go prawie nigdy nie wypróbowano". Musimy zatem mieć odwagę głosić, że naszego bezpieczeństwa nie można zagwarantować kosztem zagrożenia życia naszych bliźnich. Musimy mieć odwagę, którą w prorockim uniesieniu zademonstrował żydowski rabin polskiego pochodzenia Abraham Joshua Heschel, który 31 stycznia 1967 r. krzyczał w Waszyngtonie, protestując przeciw wojnie w Wietnamie tak, by słyszał go cały świat: "W tej oto godzinie Wietnam jest naszym najbardziej palącym, najbardziej niepokojącym problem religijnym (...). Mówienie o Bogu i pozostawanie milczącym w sprawie Wietnamu jest bluźnierstwem".

Heschel ma absolutną rację, że w wolnym i otwartym społeczeństwie nie wszyscy są winni, ale wszyscy są odpowiedzialni. Jak to się więc stało, że nasz udział w niesprawiedliwej "interwencji irackiej" nie spotkał się z masowymi protestami ani szerszą dyskusją społeczną? I dlaczego nasze "działania stabilizacyjne" w Afganistanie sprowadzają się do wiernopoddańczej deklaracji, że nie opuścimy naszego Wielkiego Sojusznika i, jeśli tylko będzie trzeba, wyślemy kolejnych żołnierzy na tę niemającą głębszego sensu i końca wojnę?

Marzy nam się więc, by chrześcijańscy liderzy skierowali prośbę do rządu i prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zwierzchnika sił zbrojnych, by na przykład w kolejne Święto Niepodległości, zamiast urządzać demonstracyjne pokazy wyrafinowanych urządzeń do indywidualnego i zbiorowego zabijania, wspólnie z organizacjami pozarządowymi, zakonami i grupami społecznymi zorganizował pokazy polskiego zaangażowania w walkę z biedą, wykluczeniem, głodem, degradacją środowiska czy okrucieństwa wobec naszych "mniejszych braci". By zamiast zachęcać młodzież do "zostania powstańcem", władze naszego państwa i Kościoły zachęcały ją do służby na rzecz każdego bliźniego - niezależnie od narodowości, wyznania, koloru skóry, płci czy orientacji seksualnej. By zamiast politycy prześcigali się w zapewnieniach o polskim przywiązaniu do krzyża i sprowadzaniu go do kwestii ściennej dekoracji, zaczęli naśladować Tego, który do tegoż że krzyża dał się przybić.

Kazimierz Bem jest prawnikiem i publicystą protestanckim. Studiuje w Yale Divinity School, przygotowuje się do zostania pastorem w Zjednoczonym Kościele Chrystusa (ewangelicko-reformowanym).

Jarosław Makowski jest teologiem i publicystą. Ostatnio wydał "Kobiety uczą Kościół" (2007)

Niniejszy artykuł ukazał się w Gazecie Wyborczej z dnia 29.12.09
Przedruk za zgodą autorów.

Share this post

You are here: Home